Na dachu kuźni

17.10.2016

Antyczni Grecy nazywali go Hefajstosem. Był dla nich bogiem ognia, metali i kowalstwa, które dziś nazwalibyśmy artystycznym, bo potrafił nie tylko kuć i zdobić płaskorzeźbami zbroje, ale i wysnuć z żelaza cienkie jak włos nitki i spleść je w sieć, która nie wypuszczała w nią schwyconych. Zbroje przynosiły mu sławę, sieć przyniosła śmieszność (sprawdźcie dlaczego :), ale Grecy kochali go niezależnie od wszystkiego, bo życzliwy był ludziom i uczył ich swego rzemiosła.

Miał co najmniej trzy warsztaty-pracownie: pod Etną kuł oręż, pod Olimpem – pioruny dla Dzeusa, a pod wyspą Thermessa, gdzie miał spokój od bogów i ludzi, tworzył arcydzieła sztuki metaloplastycznej wymagające precyzji i skupienia. Rzymianie nazwali go Wulkanem i to imię nazwało wszystkie zionące ogniem i lawą góry. Także i Thermessę, która stała się Wyspą Wulkana.

Dzisiejsza Isola di Vulcano jest najbardziej na południe wysuniętą wyspą Archipelagu Liparyjskiego, a więc najbliższą Sycylii, od której w linii prostej dzieli ją dystans niespełna 12 Mm. Wulkan tworzący tę wyspę (a właściwie trzy kominy wulkaniczne, które znajdują tam ujście) uważany jest za śpiący. Ostatnie erupcje wydarzyły się w latach 1888-1890, ale zbocza góry, zwłaszcza przy południowej kalderze, wciąż dymią siarką, a kamienie polane wodą sycząc zamieniają ją w parę. Nie bez powodu w opisach wyspy Vulcano można przeczytać, że tworzy ją jeden z czterech czynnych wulkanów włoskich, z których sycylijska Etna i Stromboli (w tym samym ciągu Wysp Liparyjskich, byliśmy tam 30 sierpnia, płynąc na południe) są aktywne, a Wezuwiusz od 1944 roku, gdy zmiótł kilka okolicznych wiosek, tylko drzemie.

Do wyspy Vulcano dopłynęliśmy w poniedziałek, 17 października, rano. Okrążaliśmy ją w bezwietrznej pogodzie i w oparach mgły pachnącej siarką. Co kilka minut wyprzedzały nas wodoloty przywożące na wyspę jej największe bogactwo naturalne – turystów. Stanęliśmy w zatoce Faraglione. Kotwica poszła w dół o 09:05, a zaraz potem Pogoriowy ponton zaczął kursować między burtą a nabrzeżem.

Tradycyjnych lekcji tego dnia nie było. Za to lekcja w terenie była unikalna, w dodatku poprzedzona filmem dokumentalnym wprowadzającym w arkana wulkanologii i przedstawiającym dwa największe kataklizmy wulkaniczne Śródziemnomorza: wybuch Thiry w 1600 r. p.n.e. i Wezuwiusza w roku 79.

Natchnieni filmem, kierowani młodzieńczą fantazją i pełni energii, pierwsi desantowani na ląd postanowili stanąć na szczycie wulkanu Fossa z kraterem Gran Cratere. Wulkan ten w dalszym ciągu posiada czynne fumarole, z których wydostają się z czeluści ziemi wyziewy, wprowadzając atmosferę tajemniczości, grozy, ale również niezapomnianej egzotyki.

Na szczyt wiedzie wytyczona trasa, którą z pewnością rok rocznie pokonują tysiące wczasowiczów. Jednak o tej porze roku, po zakończeniu sezonu turystycznego, szlak był pusty i do naszej dyspozycji. Wraz ze zbliżaniem się do krateru, krajobraz stawał się coraz bardziej księżycowy. Pozostawiona w dole roślinność zaczęła zanikać, odsłaniając gołe zbocza zbudowane z materiałów piroklastycznych. Pomimo żaru lejącego się z nieba, szczyt udaje się osiągnąć o wiele szybciej niż przewidywały to tablice informacyjne. Po drodze mija nas najszybszy z oficerów Pogorii, Mieczysław Leśniak, który swoi zwyczajem wybrał się pobiegać. Z zazdrością przyglądamy się jego kondycji, gdy truchtem wymija nas na podejściu i znika za kolejnym wzniesieniem.

Ze szczytu roztacza się widok na całą wyspę, co powoduje, że czujemy się niczym panowie świata. U stóp mamy strome urwiska wnętrza krateru wulkanicznego, w oddali kolejne wyspy, a wszystko dookoła oblane wodami Morza Tyrreńskiego. Chwila na pamiątkowe zdjęcia i zaczynamy schodzić, po drodze klucząc między chmurami gazów, jakimi raczy nas Fossa. Zapach siarki i panująca temperatura pobudza wyobraźnię.

Po zejściu z wulkanu wspinamy się jeszcze na okoliczne wzniesienia, ostatecznie lądując w rozległej zatoce z plażą o czarnym, wulkanicznym piasku. Nic tak nie orzeźwia, jak kąpiel w chłodnej wodzie tuż po powrocie z piekieł.

Zeszliśmy z kotwicy o 19:15. Postój trwał 10 godzin i 20 minut, ale pod pokładem czuć było siarkę jeszcze przez cały następny dzień.

Łukasz Kaźmierczak, Kazimierz Robak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

fot.: Szymon Dereziński, Jędrzej Poniatowski, Kazimierz Robak, Wojciech Sikorski


wstecz

  • GŁÓWNI PARTNERZY POLSKO-ROSYJSKIEJ SZKOŁY POD ŻAGLAMI:
  • WSPIERAJĄ NAS:

     

  • PATRONUJĄ NAM:
  • PATRONAT EDUKACYJNY:

Copyright © 2019 szkolapodzaglami.com.pl Projekt i wykonanie: artneo.pl